czwartek, 19 września 2013

babciny fotel

Gdy skulona siedziała w starym fotelu o irytująco brzęczących sprężynach, zrozumiała w końcu co pchnęło ją w stronę tak mizernej egzystencji, z której nie potrafi się wydostać. Schyliła głowę i złapała wychudzony, tłusty splot włosów. Nie przypominały już bujnych loków, które kiedyś stanowiły powód do dumy. Zapaliła papierosa. A niech to szlag! – pomyślała. Gorzej już być nie może. Powoli, bawiąc się gorzkim, nieprzyjemnym dymem w ustach, odchyliła głowę do tyłu. Rozprostowała spięte od kilku godzin mięśnie kręgosłupa. Spojrzała w sufit. Pierwsza łza popłynęła bardzo szybko. 
A gdyby moje życie toczyło się tylko w tym fotelu? – pomyślała. Żyłabym tutaj sama, według własnych zasad, może nawet polubiłabym zgrzyt tego zgrzybiałego lamusa?


Łzy zmieszane z dymem nagle zalały pokój jak mgła przypominająca ubitą śmietanę, którą w dzieciństwie łapczywie pochłaniała posrebrzanymi łyżkami, gdy nikt nie patrzył.
Dławiący dym ćmił oczy coraz mocniej. Zamknęła je i nagle wszystko stało się jasnozielone. Biała plama, której jeszcze przed chwilą była częścią rozpłynęła się jak poranna mgła otulająca góry.
Niegdyś widziała je na wsi. To było lato, Ukrainę zwiedzała pierwszy raz w życiu.

-Pamiętam Słońce. Pamiętam jak każdy promień usiłował przebić się przez powoli rozpływającą się gęstwinę bladości  – powiedziała głośno w stronę pustej, obdartej ściany, po której leniwie spływały krople wody. 

























poniedziałek, 16 września 2013

muzyczna wizualizacja

Ruth St. Denis, jedna z pionierek nowatorskich form tanecznych w Stanach Zjednoczonych, rozpoczynała swoją karierę jako artystka wodewilowa, w czasach gdy na scenie pojawiał się wyłącznie taniec rozrywkowy. O podobnych doświadczeniach dowiadujemy się także z biografii Loie Fuller, czy Isadory Duncan, których awangardowa stylistyka ruchowa zreformowała spojrzenie na taniec w Ameryce początku XX wieku.


Ruth St Denis w pierwszy zaprojektowanym przez siebie kostiumie inspirowanym egipskimi bóstwami.


Znaczny wpływ na technikę uformowaną przez Ruth St. Denis miała metoda opracowana przez Françoisa Delsarte’a, nauczyciela ekspresji głosowej i gestycznej. Francuski muzyk wykorzystał pracę z ciałem w celu wzmocnienia siły wyrazu wydobywanych dźwięków. St. Denis doskonale znany był opisany przez Genevive Stebbins The Delsarte System of Expression, jak również balet klasyczny. Połączenie tych dwóch, kontrastujących ze sobą kierunków wyrazu, wpłynęło na stworzenie nowatorskiej formy, którą Ruth
St. Denis modelowała przez całe życie.  

W 1905, tancerka zainspirowana kulturą Indii i Egiptu zrealizowała swój pierwszy solowy spektakl zatytułowany Radha. Solo było próbą przetłumaczenia kultury i mitologii hinduskiej na ekspresję ciała.
St. Denis tańczyła w otoczeniu przedmiotów symbolizujących pięć zmysłów: dzwonki wskazywały na słuch, a kwiaty zapach. Znajdowało się tam także wino do degustacji, biżuteria obrazująca wzrok, zmysł dotyku tancerka ukazała pocałunkiem złożonym na dłoni. 




Mimo, że propozycje St. Denis spotkały się z uznaniem publiki, po kilku latach solowe występy przestały być dla widzów wystarczająco interesujące. Tancerka została więc zmuszona do pracy z innymi artystami, co notabene przyniosło jej największy sukces. Poznała wtedy Teda Shawna, tancerza zaznajomionego z metodą Delsarte’a, który stał się nie tylko partnerem scenicznych oraz biznesowym Ruth, ale i w życiu uczuciowym tancerki odegrał istotną rolę.


W 1915 para rozpoczęła prowadzenie Denishawn School. Była to pierwsza nowatorska instytucja artystycznego tańca w Stanach Zjednoczonych. 

Lekcja w Denshawn School. Na zdjęciu między innymi: Doris Humphrey, Charles Weidman, Martha Graham

Ruth St. Denis mawiała: 
“We have the capacity to receive messages from the stars and the songs of the night winds”.
Artyści  wierzyli, że taniec nie powinien skupiać się wyłącznie na technicznej precyzji wykonywanych choreografii, czy też zwykłej rozrywce. Wartością było przeżycie duchowe.
W Denishawn tancerze kształceni byli w wielu dziedzinach: rozpoczynając od baletu, po tańce egzotyczne jak również techniki oświetlenia sceny. Uczniowie poznawali podstawy muzycznej wizualizacji – metody oddawania za pomocą rytmiki i sposobu formowania ciała, dynamiki wybrzmiewającego  utworu. Tancerzy zachęcano do poszukiwań twórczego języka ruchu, a stąd już tylko jeden krok do powstania modern dance (z Martą Graham na czele).

Podobnym systemem posługiwał się także Wacław Niżyński, jednakże taniec proponowany przez St. Denis 
i Shawna był zdecydowanie bardziej egzotyczny i widowiskowy. 



Fotografie: The New York Public Library for the Performing Arts, http://digitalgallery.nypl.org
Materiały źródłowe: Wojciech Klimczyk, Wizjonerzy ciała
                               The solo dancers, 
http://www.pitt.edu
                               Cytat: http://www.brainyquote.com 







sobota, 14 września 2013

na chwilę.

Gdy usłyszała pierwsze, ciche westchnienia wiolonczeli, mimowolnie myślami znalazła się przy oknie. Wiatr wdzierał się przez nieszczelne okiennice do opustoszałego od dawna pokoju, w którym tylko czasami czegoś szukała. W wyobraźni, włosy opadające dotychczas swobodnie na szyję i plecy zaczęły delikatnie poruszać się w rytm muzyki. Zagłębiała się w tę myśl coraz bardziej. Proste, rude włosy wirowały już na silnym wietrze, który ogarnął całe wnętrze. Stała wyprostowana i spokojna, delikatnie dotykając zakurzonej szyby. Rzęsy zamkniętych powiek nieznacznie kołysał podmuch pachnącego świeżością wiatru. Energicznym ruchem obróciła zahibernowane dotąd ciało o sto osiemdziesiąt stopni. Zobaczyła jak każdy, najmniejszy nawet element, o którego istnieniu już nie pamiętała, swobodnie unosi się i wije w powietrzu.
Zobaczyła setki obiektów miotanych podmuchem marzeń. 










































































środa, 11 września 2013

Ziębnie ciało, marzną kości.

Stała zdenerwowana w wagonie numer 16 pociągu pospiesznego do Sankt-Petersburga. 
Był koloru pomarańczowo-niebieskiego. Jeszcze nigdy nie widziała pociągu o takich barwach. Na chwilę to spostrzeżenie odwróciło uwagę od narastającej z każdą chwilą ogromnej guli w jej gardle. 
Była kłębkiem nerwów. Przenikliwy wiatr wdzierał się przez szczeliny w oknach, tworząc nieprzyjemną
aurę wśród pasażerów szykujących się do opuszczenia toczącego się pojazdu.


Zobaczyła w oknie odbicie swojej przerażonej i podekscytowanej zarazem twarzy. Spojrzała głębiej,za szybą panował mrok, tylko co jakiś czas przerywany wyrywającym się strumieniem żółtych świateł. Mężczyzna, który nieprzerwanie czytał jej przez ramię książkę o czerwonej, twardej okładce i dziwnym tytule Wiekolapiszon, którą wiozła ze sobą, wpatrywał się teraz w jej odbicie jeszcze intensywniej niż ona sama. Bał się spojrzeć w jej oczy. Nie zwróciła na to uwagi. Był tylko kolejną kombinacją kształtów, na które spoglądała beznamiętnie od dziesięciu minut. Co chwila układała zielony, miękki szalik, poprawiała ułożenie plecaka uszytego zeszłego lata z resztek materiałów, które dostała w spadku po babce. Spojrzała teraz na ubłocone buty, tak bardzo wypłowiałe już od słońca. Stała na rozdygotanej szaroburej posadzce. Pociąg zatrzymał się przy siódmym peronie. Spojrzała po raz kolejny przez okno. Nieśmiało podniosła zziębniętą stopę. Wysiadła. Zdezorientowany blondyn, o urodzie kalifornijskiego chłopaka, nie przypominał w niczym Rosjanina, którego spodziewała się zobaczyć. Uśmiechnęła się.

Czuł naglącą potrzebę zobaczenia jej tu i teraz. Nie wiedział jak się zachować, tym bardziej jak ukryć 
zmieszanie. Już czas. Jego czarna kurtka i bladoniebieski szal ukryły go w tłumie gorączkowo przemieszczających się pasażerów. Stał nieruchomo na czarnej, zmrożonej posadzce. Moment konfrontacji odwlekał się w nieskończoność. Narastał paraliż i pustka w głowie. Spojrzał na odblaskowy pomarańcz przytłoczonego brudem pociągu. Nagle przypomniał mu się sen zeszłej nocy. Próbował jeszcze skupić myśli, na tej abstrakcyjnej wizji sprzed kilkunastu godzin, ale już nie był w stanie. Rozmazana sylwetka dziewczyny w czerwonym płaszczu o granatowych, trójkątnych guzikach pojawiła się w zasięgu jego wzroku niespodziewanie. Gorączkowo przełknął ślinę. Była już tak blisko. 
Dłonie miała delikatnie ubrudzone ołówkiem. Rottaria była portrecistką. 
Portretowała przeważnie psy i koty. 
-Namalowałam Cię - powiedziała nieśmiało. Nawet nie pomyślała o tym, że mogłaby powiedzieć zwyczajne dzień dobry – długo jechaliśmy, to dlatego. Pokażesz mi mosty?
 
-Chodźmy - wydukał Wasilij. Nie potrafił powstrzymać nerwowego mrugania. Ze strachu, że Rottaria zaraz go o to zapyta, szybko zmienił temat – A  podróż?  mówisz, że udana?
-Powiedziałam tylko, że długa – kapryśnie odpowiedziała dziewczyna – ale można uznać, że udana.
Nic się nie wydarzyło. 
Szli w milczeniu przez długi, niedbale wykafelkowany korytarz. Ściany były koloru czerwonego, wokół pełno było przytartych plakatów różnych wielkości i zrezygnowanych ludzi, bez celu poruszających się wzdłuż ścian, jak gdyby bali się wyjść na środek. Rottaria spojrzała na Wasilija, chciała coś powiedzieć. Zamiast tego wpatrywała się tylko w jego wielkie, zielono-niebieskie oczy. Nie słyszała własnych myśli.
-Dziwne prawda?
-Co jest dziwne? – ocknęła się.
 -Wszyscy się śpieszą, ciekawe czy widzą cokolwiek wokół. 
 -Nie wiem. Ale ja widzę. – powiedziała z przekonaniem Rottaria.
-Co widzisz?
-Kolory. Można tyle z nich wyczytać. Myślisz, że to jakiś bełkot?
 -Nie – znów zamilkli na kilka minut – Już prawie jesteśmy na miejscu – po chwili dodał – myślę, że cały Świat jest symetryczny i uporządkowany, fascynujący. Tylko my tego nie widzimy. Powtarzamy to, co powiedzieli nam już inni. 
Nagle Rottaria przestraszyła się, że ten człowiek może kiedyś zniknąć z jej życia.
Uśmiechnęła się promiennie do własnych myśli, nie wiedziała, że potrafi czuć tak bardzo.
 
-Jesteśmy w pół drogi do Księżyca – powiedziała, a jej włosy zalśniły w zimowym słońcu.



Wasilij uśmiechnął się pierwszy raz. Byli już na moście.