Stała zdenerwowana w wagonie
numer 16 pociągu pospiesznego do Sankt-Petersburga.
Był koloru pomarańczowo-niebieskiego. Jeszcze nigdy nie widziała pociągu o
takich barwach. Na chwilę to spostrzeżenie odwróciło uwagę od narastającej z
każdą chwilą ogromnej guli w jej gardle.
Była kłębkiem nerwów. Przenikliwy
wiatr wdzierał się przez szczeliny w oknach, tworząc nieprzyjemną
aurę wśród
pasażerów szykujących się do opuszczenia toczącego się pojazdu.
Zobaczyła w
oknie odbicie swojej przerażonej i podekscytowanej zarazem twarzy. Spojrzała
głębiej,za szybą panował mrok, tylko co jakiś czas przerywany wyrywającym się
strumieniem żółtych świateł. Mężczyzna, który nieprzerwanie czytał jej przez
ramię książkę o czerwonej, twardej okładce i dziwnym tytule Wiekolapiszon, którą wiozła ze sobą,
wpatrywał się teraz w jej odbicie jeszcze intensywniej niż ona sama. Bał się
spojrzeć w jej oczy. Nie zwróciła na to uwagi. Był tylko kolejną kombinacją
kształtów, na które spoglądała beznamiętnie od dziesięciu minut. Co chwila
układała zielony, miękki szalik, poprawiała ułożenie plecaka uszytego zeszłego
lata z resztek materiałów, które dostała w spadku po babce. Spojrzała teraz na
ubłocone buty, tak bardzo wypłowiałe już od słońca. Stała na rozdygotanej
szaroburej posadzce. Pociąg zatrzymał się przy siódmym peronie. Spojrzała po
raz kolejny przez okno. Nieśmiało podniosła zziębniętą stopę. Wysiadła. Zdezorientowany
blondyn, o urodzie kalifornijskiego chłopaka, nie przypominał w niczym
Rosjanina, którego spodziewała się zobaczyć. Uśmiechnęła się.
Czuł naglącą potrzebę
zobaczenia jej tu i teraz. Nie wiedział jak się zachować, tym bardziej jak
ukryć
zmieszanie. Już czas. Jego czarna kurtka i bladoniebieski szal ukryły go
w tłumie gorączkowo przemieszczających się pasażerów. Stał nieruchomo na
czarnej, zmrożonej posadzce. Moment konfrontacji odwlekał się w nieskończoność.
Narastał paraliż i pustka w głowie. Spojrzał na odblaskowy pomarańcz przytłoczonego
brudem pociągu. Nagle przypomniał mu się sen zeszłej nocy. Próbował jeszcze
skupić myśli, na tej abstrakcyjnej wizji sprzed kilkunastu godzin, ale już nie był
w stanie. Rozmazana sylwetka dziewczyny w czerwonym płaszczu o granatowych,
trójkątnych guzikach pojawiła się w zasięgu jego wzroku niespodziewanie. Gorączkowo
przełknął ślinę. Była już tak blisko.
Dłonie miała delikatnie ubrudzone ołówkiem. Rottaria była portrecistką.
Portretowała przeważnie psy i koty.
-Namalowałam Cię - powiedziała nieśmiało. Nawet nie pomyślała o tym, że mogłaby
powiedzieć zwyczajne dzień dobry – długo jechaliśmy, to dlatego. Pokażesz mi
mosty?
-Chodźmy - wydukał Wasilij. Nie potrafił powstrzymać nerwowego mrugania. Ze strachu, że Rottaria zaraz go o to zapyta, szybko zmienił temat – A podróż? mówisz, że udana?
-Powiedziałam tylko, że długa – kapryśnie odpowiedziała dziewczyna – ale można uznać, że udana.
Nic się nie wydarzyło.
Szli w milczeniu przez długi, niedbale wykafelkowany korytarz. Ściany były koloru czerwonego, wokół pełno było przytartych plakatów różnych wielkości i zrezygnowanych ludzi, bez celu poruszających się wzdłuż ścian, jak gdyby bali się wyjść na środek. Rottaria spojrzała na Wasilija, chciała coś powiedzieć. Zamiast tego wpatrywała się tylko w jego wielkie, zielono-niebieskie oczy. Nie słyszała własnych myśli.
-Dziwne prawda?
-Co jest dziwne? – ocknęła się.
-Wszyscy się śpieszą, ciekawe czy widzą cokolwiek wokół.
-Nie wiem. Ale ja widzę. – powiedziała z przekonaniem Rottaria.
-Co widzisz?
-Kolory. Można tyle z nich wyczytać. Myślisz, że to jakiś bełkot?
-Nie – znów zamilkli na kilka minut – Już prawie jesteśmy na miejscu – po chwili dodał – myślę, że cały Świat jest symetryczny i uporządkowany, fascynujący. Tylko my tego nie widzimy. Powtarzamy to, co powiedzieli nam już inni.
-Chodźmy - wydukał Wasilij. Nie potrafił powstrzymać nerwowego mrugania. Ze strachu, że Rottaria zaraz go o to zapyta, szybko zmienił temat – A podróż? mówisz, że udana?
-Powiedziałam tylko, że długa – kapryśnie odpowiedziała dziewczyna – ale można uznać, że udana.
Nic się nie wydarzyło.
Szli w milczeniu przez długi, niedbale wykafelkowany korytarz. Ściany były koloru czerwonego, wokół pełno było przytartych plakatów różnych wielkości i zrezygnowanych ludzi, bez celu poruszających się wzdłuż ścian, jak gdyby bali się wyjść na środek. Rottaria spojrzała na Wasilija, chciała coś powiedzieć. Zamiast tego wpatrywała się tylko w jego wielkie, zielono-niebieskie oczy. Nie słyszała własnych myśli.
-Dziwne prawda?
-Co jest dziwne? – ocknęła się.
-Wszyscy się śpieszą, ciekawe czy widzą cokolwiek wokół.
-Nie wiem. Ale ja widzę. – powiedziała z przekonaniem Rottaria.
-Co widzisz?
-Kolory. Można tyle z nich wyczytać. Myślisz, że to jakiś bełkot?
-Nie – znów zamilkli na kilka minut – Już prawie jesteśmy na miejscu – po chwili dodał – myślę, że cały Świat jest symetryczny i uporządkowany, fascynujący. Tylko my tego nie widzimy. Powtarzamy to, co powiedzieli nam już inni.
Nagle Rottaria przestraszyła się, że ten człowiek może kiedyś zniknąć z jej
życia.
Uśmiechnęła się promiennie do własnych myśli, nie wiedziała, że potrafi czuć tak bardzo.
-Jesteśmy w pół drogi do Księżyca – powiedziała, a jej włosy zalśniły w zimowym słońcu.
Uśmiechnęła się promiennie do własnych myśli, nie wiedziała, że potrafi czuć tak bardzo.
-Jesteśmy w pół drogi do Księżyca – powiedziała, a jej włosy zalśniły w zimowym słońcu.
Wasilij uśmiechnął się pierwszy raz. Byli już na moście.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz